Instytucja Kultury Ars Cameralis, Katowice 2010.
W mieście
Coś tu nie gra
Coś się skończy zanim się rozpocznie
No wiesz przecież o co chodzi tylko masz już dosyć
I nie radzisz sobie z tym tak samo jak ze
Śmiercią
Błędnym wzrokiem przebijając przednią szybę kabrioletu
Szukasz czegoś o co mógłbyś się zaczepić
Czegoś tak zupełnie fikcyjnego że na prawdę
I to coś wypełznie żeby przeciąć twoją ścieżkę i wydobyć
Na jaw drogę zła na której mijasz się ze sobą bez uśmiechu
Ten umarlak z którym mnie widziałeś jak gadałem jest tu szefem
Chciałem mu coś zakomunikować ale jego dusza jest analfabetką
Obaj wiemy co jest grane i obaj nie wiemy
Tylko że ja jeszcze wiem że coś tu nie gra
Kiedy to się szczerzy do mnie No co w tym śmiesznego
To nie było wcale śmieszne kiedy lazło za mną
Pozdrawiając wszystkich jak rozradowany przygłup
Aż poczuliśmy tę jego radość zamiast smaku lodów
I tak było jakbym miał powiedzieć coś i nie mógł
Przebić się przez ludzką ciżbę i jakbym nie widział
Tego tłumu który pcha się na mnie dzierżąc wielkie lody
Ty też mogłeś ich zobaczyć wyglądali jak czarnuchy
Co wyszykowały się na pogrzeb kumpla
Jak cwaniacy w drodze na wyprzedaż twoich gratów
Dobra niech cię zlicytują niech policzą
Ci kościaną laską wszystkie zęby A w niedziele
Laliśmy z czarnego błazna na ekranie
I robiliśmy nad głową cienie z lodów na patyku
Było się przynajmniej z czego pośmiać
Słyszę jak coś zgrzyta w naszym własnym życiu
Słyszę jak coś zgrzyta w naszym własnym życiu
I dlatego zawsze mówię to co robię Znasz to
Wiem że to dla ciebie znaczy więcej
Niż ta twoja praca
Dziś przyszedłeś do roboty było cicho
Tylko tęskny pomruk maszyn za plecami
One wyczekują na czarnucha który przyjdzie
Tutaj chory załamany odrzucony oddać życie
Pomyliłem się jak powiedziałem to jest dowód
Że Bóg nie istnieje a ty na to
Że to dowód na istnienie diabła
Ale jednak coś tam widzę coś tam słyszę
I widziałem jak wyłażą brudne słowa
Z bladej zeszmaconej kłamstwem gęby
Że on niby się załamie i też zdechnie w nędzy
Że sny chodzą z nim po całym mieście
I że kiedyś zaharuje się na śmierć
Wszystkie śmieci na ulicy mówią ci nie jesteś śmieciem
I ty prawie już w to wierzysz
Przetrącony okłamany zawsze przecież
Znałeś jakieś słowa ale nie te które trzeba
Jak odzyskasz połączenie co mi powiesz
Ja ci powiem że coś zgrzyta w trybach świata
Żeby nam podłożyć nogę żeby potem upić
Nas hałasem w końcu zatruć smutkiem
Coś się święci czuję coś już czyha na nas
Wlecze się za nami wstrętny paproch nie kłam
Że nie słyszysz jak cię woła po imieniu
Ale ty uważasz że to też ma prawo żyć jak ty bo Bóg to stworzył
I od tego się zaczęła nasza kłótnia
Potem nagle wszędzie zgasło oświecenie
I co z tego że wiedzieliśmy gdzie włączyć
A pamiętasz jak ten czarnuch łypał na nas z klatki
Zobaczyłeś wtedy to co ja widziałem
On uśmiechem wbijał zęby w nasze szyje
Ty wiesz przecież co jest grane tylko boisz się to nazwać
Czy to ładnie tak nieładnie się wyrażać
No nie ładnie a był przecież z niego taki grzeczny chłopiec
Kłaniał się każdemu kogo spotkał Aż tu kiedyś
Jeszcze zanim się zatrzasnął zanim go zaczęła boleć
Tamta rana zobaczyłem go jak wlókł się w stronę domu
Nie uśmiechał się nie odpowiedział nawet na dzień dobry
Widać było po nim że zobaczył że zobaczył
To co zgrzyta kiedy wszystko idzie swoim trybem
I już nigdy się od tego nie uwolni
Szedł przed nami coraz szybciej zaciśnięte usta
Żadne słowo nie zdradziło jego myśli
Następnego dnia nie wrócił
Wiesz co przez to chcę powiedzieć kiedy mówię
Że to zgrzyta kiedy wszystko idzie swoim trybem
I jak wyglądała twarz chłopaka kiedy go zgarniali
Nie zapomnę tego co miał w oczach nie zapomnę
Kiedy znów go spotkam w mieście albo jego siostrę
Jak się włóczy z dzieckiem po ulicach A pamiętasz
Jak się wystraszyłeś bo nie mogłeś poznać w lustrze swojej
Twarzy i nie mogłeś za cholerę jej wyszarpać zza tej szyby
Dalej otwórz usta jakbyś chciał nam coś powiedzieć
Zamknij oczy i przypomnij sobie jak to było wtedy
Kiedy zobaczyłeś tamto No a teraz
Czyżbyś nie dostrzegał czegoś jeszcze czegoś
Co jest zimne obrzydliwe i nie całkiem
Niewidoczne ale jakby smuga cienia przekreślała
W szybie sklepu starą twarz mężczyzny
Skulonego w sobie podpierającego ścianę
I chłopaka który śmiał się i dziewczynę z nim
Pulsujący w moich oczach żar szaleństwa
Rozpoławia mi wzrok na dwa odrzutowe ciągi
Za przelatującym czarnym ptakiem z tyłkiem w ogniu
Może w końcu się dowiemy dokąd iść żeby rozpoznać
To co ma być kiedyś naszym szczęściem
Bo ja widziałem coś
To coś to coś
I wy to znacie też
Wy też wy też
Tylko boicie się to nazwać
Wróg cywilizacji
Palestyńczycy
Nazywają cię „Wróg
Słońca”. Oni z bunkra
Widzą ledwie skrawek
Nieba; a ja siedzę
W tym automatycznym
Lochu Szatana
Na pozłacanym czubku
Zasyfionego Zła. Widzę
Co widzę i widzę
Że to nie żadne słońce
To demon
Wyszczerza zęby i szczerzy
Pazury. Agresja, atak,
Krew, wojna i poniżenie;
Nikt nie przeżyje; ty już nie żyjesz.
Ja z tobą, my z nimi, a oni przeciwko
Nam ogłupiali od zgiełku
Niepowstrzymanej przemocy
Nienawidzą słowa
„Ludzkość”. Ludzie!
Chodźcie z nami!
Wzywamy
Do powstrzymania zaczynania
Rozszalałego nie-bycia
Wszystkiego co widzi
I słyszy, i czuje, i czule
Odczuwa. Bo każdy
Byt chce być i tworzyć
Zamiast niszczyć i wdeptywać
W ziemię. To oni -
On z wami, z nią, z nimi
Przywłaszczyli sobie całą
Historię bezprawnie; a teraz
Mają swoje plany, swój jebany
Porządek rządzenia-dzielenia.
Ci sami, zasrani, wypchani
Szmalem jak lale, krasnale,
Fagasy, kutasy, pogańskie
Nasienie, potwory, zmory,
Te rozbestwione bestie, niebieskie
Ptaszki, ci niedorzeczni
Kłamcy, ci zakłamani
Popaprańcy, ziomole, kibole
Kanalie i kanibale,
Debile i imbecyle,
Nadziana zgrywa i recydywa.
Te monstrualne żarłoczne mrówy:
Wuj Sam i jego Wojenka, ci samo-
bójcy z Korei Północnej, z Wietnamu
Jawnie zdradzili cywilizację;
A z nią zdradzili: przyjaźń,
Rozsądek i mądrość. Mówili:
„cywilizacja” a jej prowokatorów
Zatłukli na śmierć.
To nie wszyscy, jeszcze:
Jacyś Oni, jakieś Coś i jakaś
Bestia, i 666; to oni
Chcą z tych którzy nie chcą
Wyrzec się człowieka zrobić
Chorych na umyśle.
Nie, nie tylko
Wrogowie Słońca, są jeszcze
Wrogowie życia
I świata, wrogowie
Ludzkości i samej
Cywilizacji też.
To są ameby
Naszych czasów,
Zatrute jednokomórkowce
Z ambicjami zawirusowania
Kapitalistycznej sitwy,
Wysmarowani nieuleczalni
Rasiści. Bogowie
Najniższych kręgów
WCTolaetowego sracza.
„Diabeł umarł” szepczą
Liberalni literaci, nie ma komu
Lizać dupy, ale kto nam teraz
będzie płacił? Diabeł
Zawsze wie lepiej. Wiadomo
Że lepsze jest wrogiem
dobrego - jak powiadają Wrogowie
Cywilizacji. (No, chyba
Że kłamią.)
7/21/03.
Poniedziałek w tonacji bemol
Mogę modlić się
dzień cały
a Bóg
nie przyjdzie
Ale jak zadzwonię
na 911
Diabeł
będzie tutaj
zaraz
Przedmowa do listu samobójczego w dwudziestu tomach
Ostatnio przywykłem do tego
Że ziemia otwiera się i otula mnie sobą
Za każdym razem kiedy wychodzę z psem.
Albo ta wszechobecna, drażniąca i durna
Melodia którą wiatr gwiżdże mi w uszach
Kiedy próbuję dogonić autobus...
Do tego doszło.
Teraz co noc liczę gwiazdy
I co noc wychodzi mi ta sama liczba.
Kiedy nie dadzą się policzyć
Policzę dziury po nich.
Nikt już nie śpiewa.
A kiedy w nocy wszedłem na palcach na górę
Pod drzwi pokoju mojej córki, usłyszałem
Że do kogoś mówi; otworzyłem
I nie było tam nikogo... Tylko ona
Na kolanach, wpatrzona w złożone dłonie.
Ka’Ba
Zamknięte okno spogląda w dół
na brudne podwórze; tam Czarni
coś krzyczą, wołają na siebie, przechodzą
w rwącym potoku swojej woli
rzucając wyzwanie prawom fizyki.
Nasz świat, wypełniony dźwiękiem,
jest najpiękniejszym ze światów
chociaż cierpimy zabijamy się w nim nawzajem.
A czasami nie udają nam się nawet
te sławne kroki w powietrzu.
Jesteśmy piękni,
mamy afrykańską wyobraźnię
pełną masek i tańców i wibracyjnych pieśni,
mamy afrykańskie oczy, nosy, ręce.
Ale przykuci szarym łańcuchem do miejsca
powracających zim, pragniemy słońca.
Złapani i uprowadzeni
pracujemy żeby przygotować sobie drogę
do starożytnej wyobraźni, do odnowionego
związku z sobą i z naszą
czarną rodziną. Trzeba nam czarów,
magicznej formuły, żeby wzniecić w sobie:
powrót, zniszczenie i twórczość. Co będzie
tym tajemniczym słowem?